• Missha • maseczka w płachcie z ekstraktem z mango

• Missha • maseczka w płachcie z ekstraktem z mango

Wszelkiego rodzaju maski i maseczki to forma kosmetyków po które od zawsze lubiłam sięgać, ponieważ to świetna forma na natychmiastowe nawilżenie czy odżywienie skóry, a także forma relaksu w domowym zaciszu. Muszę przyznać, że ostatnio zaniedbałam ten temat, co widać po ciszy na blogu - dawno już nie pojawił się żaden wpis z opinią na temat maseczek, ale teraz uwaga: przeżywam mały renesans i powracam z nowymi recenzjami. Dzisiaj na pierwszy rzut leci maseczka w płachcie Missha Mango.


Maseczkę Missha Mango otrzymałam w prezencie od mojej przyjaciółki. Przyznam szczerze, że ta koreańska marka zwróciła moją uwagę, jednak jakoś tak się wcześniej nie składało, aby ją kupić, bowiem główna jej dostępność to drogerie internetowe. Cena co prawda mieści się w granicach rozsądku (poniżej 10 zł, w promocji nieco powyżej 5 zł), jednak składanie zamówienia na siłę lub płatność za wysyłkę w kwocie maseczki - sami rozumiecie.. Gdy już trafiła w moje ręce od razu się nią zainteresowałam.
Prosta szata graficzna przedstawia idealne odzwierciedlenie zapachu maski - po otwarciu saszetki do nozdrzy dociera zapach świeżo obranego dojrzałego mango - nic dodać, nic ująć. Zapach jest wyraźny, jednak nie męczący, a jedynie uprzyjemnia czas, w którym mamy maskę na twarz. Nasączona płachta jest dobrze skrojona i delikatnie przylega do twarzy nie przemieszczając się po niej. Efekt po zastosowaniu maski? Nawilżona i promienna cera. Nie będę również ukrywać, że zastosowałam ją po peelingu enzymatycznym, który delikatnie podrażnił moją twarz, natomiast maska ukoiła ją i zniwelowała zaczerwienienia. Niestety po raz kolejny w przypadku maseczek w płachcie nie do końca cieszy mnie fakt, że emulsja pozostawia wrażenie lepkiej cery. I tym sposobem nadmiar z saszetki, który należy wklepać w skórę dosłownie chwilę po wchłonięciu zmywam z twarzy..


Chyba poczułam nagłe przebudzenie w kwestii używania maseczek do twarzy - mam co prawda jeszcze spore zapasy, jednakże kusi mnie zakup kilku kolejnych w obecnie trwającej promocji w Rossmannie na pielęgnację twarzy 2+2. A więc pytanie moje..

jakie maseczki polecacie?
• Dr Irena Eris • Sypki puder transparentny Provoke

• Dr Irena Eris • Sypki puder transparentny Provoke

Nasz makijaż zmienia się w stosunku do pory roku czy czasu jakim dysponujemy na jego wykonanie. Patrząc nawet na instagramowe zdjęcia, w których oznaczacie produkty, którymi wykonujecie make up widać zmiany - czasem pojawi się eyeliner, czasem paletka cieni, niekiedy łączycie to w całość. Jednak w każdym makijażu znajdą się tak obowiązkowe produkty jak podkład, korektor, tusz czy puder. I o tym ostatnim chciałabym Wam napisać kilka słów. 


Puder to dla mnie forma obowiązkowego utrwalenia i zmatowienia podkładu. Nigdy nie pomijam go w makijażu. Od kilku lat regularnie wybieram pudry transparentne, najczęściej w formie sypkiej. Pamiętam, że początki nie były łatwe - puder osypywał mi się na bluzkę w czasie robienia makijażu, natomiast brak oswojenia się z jego aplikacją powodował szybsze jego zużycie, jednak dość szybko nauczyłam się go używać. Od teraz sypki puder to dla mnie bardzo wygodne i wydajne rozwiązanie, które ciężko jest mi zamienić na inne.

Przy jednej z akcji promocyjnych na kolorówkę skusiłam się na jeden z droższych pudrów dostępnych wtedy w szafach z kolorówką Rossmanna. Mój wybór padł na sypki puder transparentny Provoke marki Dr Irena Eris, który kosztował w graniach 80-90 zł za 18 g. Wprawdzie perfumerie oferują droższe marki, jednak czy puder dostępny w drogerii jest warty tej ceny?
Warto zaznaczyć, że kosmetyki kolorowe Provoke od pewnego czasu nie są dostępne w Rossmannie, a w perfumerii Douglas. To spore podniesienie poprzeczki jeśli chodzi o grono odbiorców, natomiast na pierwszy rzut oka ceny raczej się nie zmieniły. Zmiana lokalizacji dostępności to z pewnością dodatkowe info dla klientów świadczące o jakości produktów jakie oferuje dr Irena Eris w linii Provoke. 


Puder Provoke otrzymujemy w lustrzanym pudełeczku. W środku mieści się otwierane i zarazem odkręcane lustrzano-srebrne pudełeczko z plastikowym przejrzystym dołem. Opakowanie pudru przez cały okres użytkowania zachowało się w nienagannym stanie - jedynie gdyby się tak dokładnie przyjrzeć to na dnie znajdują się delikatne rysy. W środku znajduje się lusterko i puszek do nakładania pudru. Klasyczne otwieranie produktu służy do regularnej aplikacji pudru, a zamknięcie stanowi mały zatrzask. W moim przypadku z przyzwyczajenia korzystałam z pędzla, jednakże nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała puszka - również świetnie sprawdza się w tej roli, ponieważ równomiernie aplikuje puder. Puszek to dla mnie świetne rozwiązanie do torebki czy na wyjazd jako oszczędność miejsca. Wspomniałam również o możliwości odkręcenia opakowania - to wspaniała alternatywa dla dostania się do produktu w przypadku zbliżania się do denka - nie trzeba niepotrzebnie stukać ani trzepać, lecz otworzyć pudełeczko w inny sposób.

Sam puder bardzo dobrze się aplikuje, w momencie zetknięcia z twarzą idealnie stapia się ze skórą czy podkładem. Daje naturalny efekt zdrowej cery, nie podkreśla żadnych suchych skórek ani nie wchodzi w załamania. Doskonale matuje, jak również wygładza cerę oraz utrwala makijaż. Idealnie sprawdza się o każdej porze roku, nadaje się do każdego rodzaju cery. W swoim składzie zawiera również aloes, który ma działanie pielęgnacyjne, a także zabezpiecza skórę przed działaniem czynników zewnętrznych, których jeśli chodzi o te szkodliwe niestety mamy coraz więcej. Ten puder jest również bardzo wydajny - na jego zużycie mamy 12 miesięcy od otwarcia i przyznam szczerze, że przy nauczeniu się używania go w optymalnych ilościach można się nie wyrobić w tym czasie. Ponadto nadmienię, że rzadko kiedy zdarzało mi się poprawiać nim makijaż w ciągu dnia, ponieważ nie było takiej potrzeby.


Podsumowując: kupując puder transparentny Provoke otrzymujemy wysokiej jakości produkt , który możemy używać całym rokiem (brak koloru = dopasowanie do aktualnego kolorytu skóry). Cena jest adekwatna do jakości, a patrząc na jego wydajność warto zapłacić raz więcej i mieć produkt na dłużej.

A Ty jakiego pudru używasz? Czy utrwalasz dodatkowo makijaż?

• Bourjois • Rouge edition: Velvet vs. Souffle de velvet

• Bourjois • Rouge edition: Velvet vs. Souffle de velvet

Wiosna ostatnio serwuje mi iście letnią pogodę - wczorajszy dzień dzięki słońcu wysoko na niebie spędziłam w bikini na rowerku wodnym pływając po Zalewie Zegrzyńskim. Słońce przygrzewało, pierwsza opalenizna została złapana, teraz należy ją jedynie podkreślać i pielęgnować. Taka pogoda sprawia, że dużo chętniej sięgam po energiczne kolory na usta - róże są zdecydowanie wśród moich ulubieńców. Dzisiaj przedstawię Wam porównanie dwóch szminek w płynie marki Bourjois. W moich zbiorach kosmetycznych gości Bourjois Rouge edition Velvet w kolorze 05 Ole flamingo! oraz Bourjois Rouge edition Souffle de velvet w kolorze 05 Fuchsiamallow. Czym różnią się te siostrzane pomadki i która jest lepsza? Odpowiedź z pewnością znajdziecie w tym wpisie.


Obydwie szminki z rodziny Rouge edition udało mi się kupić w popularnej drogerii w szafie Bourjois. Jedną z nich kupiłam podczas promocji na kolorówkę, drugą w innym terminie w okazyjnej cenie na do widzenia. Te płynne pomadki są zamknięte w przejrzystym opakowaniu typowym dla błyszczyków, jednak o kanciastej formie. Aplikator stanowi wyprofilowana gąbeczka, która świetnie się sprawdza - łatwo i precyzyjnie nakłada się na usta dając możliwość podkreślenia naturalnego kształtu ust. Mówiąc o wrażeniach wizualnych opakowania tych dwóch serii różnią się jedynie tym, że jedno jest błyszczące, natomiast drugie matowe. No i kolorem nadruków. Jako ciekawostkę dodam też, że pomadki z tej serii mają specyficzny zapach jakby farbek dla dzieci, który po nałożeniu nie jest już wyczuwalny.


Prawdziwe różnice rozpoczynają się w przypadku efektu jakie dają pomadki. Choć po otwarciu opakowania obydwie szminki na aplikatorze wydają się w pełni kryjące to rzeczywistość jest zupełnie inna.
Rouge Edition Velvet w kolorze 05 Ole flamingo! daje piękny, kryjący i mocny kolor na ustach. Zastyga na ustach w efekcie satyny/matu, nie czuć jej na ustach, a podczas jedzenia czy picia ściera się delikatnie od środka w kierunku krawędzi ust. Na ustach bez spożywania pokarmów utrzymuje się około 5 godzin. Nie jest to zupełny mat, a więc nie wysusza nadmiernie ust.
Rouge edition Souffle de velvet w kolorze 05 Fuchsiamallow to już zupełnie inna bajka. Przede wszystkim pomadka nie daje matu na ustach, a kolor jaki uzyskujemy jest pół transparentny - podkreśla kolorem naturalną barwę ust, choć na swatchu sprawia wrażenie bardziej intensywnego. Czytałam w siecie porównania, że efekt na ustach daje wrażenie ust posmarowanych barwiącym masełkiem do ust - jest w tym trochę prawdy - uczucie jedwabistości i miękkich ust daje występujący w składzie wosk z nasion słonecznika. Pomadka niestety utrzymuje się na ustach zdecydowanie krócej (do 3h), jednak jej zjadanie jest również bardziej dyskretne.


Jaki efekt wolicie na ustach - natural look czy wyraźne podkreślenie?

☄ Openbox - Create your style by Schwarzkopf (Shinybox)

☄ Openbox - Create your style by Schwarzkopf (Shinybox)

Dzisiaj przychodzę do Was z obiecanym postem na temat zawartości boxa Create your style by Schwarzkopf, który wypuścił Shinybox. Przy kwietniowym openboxie wspominałam Wam, że trafiłam na promocję, w której dzięki zamówieniu subskrypcji wraz z drugim pudełeczkiem z rzędu zyskałam dodatkową kosmetyczną niespodziankę jaką było dodatkowe pudełeczko - tym wypadku Create your style by Schwarzkopf. Choć sądzę, że mogliście już trafić na openbox tego pudełeczka, to nie byłabym sobą, gdybym sama też Wam go nie pokazała.


Szczerze przyznam, że gdy pudełeczko pojawiło się jako extrabox na stronie Shinyboxa niekoniecznie byłam nim zainteresowana, ponieważ nastawiłam się, że w środku znajdę same produkty do stylizacji włosów, których nie używam za wiele. W momencie, gdy zawartość została ujawniona trochę żałowałam, że go nie zamówiłam, zwłaszcza, że był moment, kiedy było w atrakcyjnej cenie 19 zł. Na szczęście przewrotny los sprawił, że nieco później trafiło do mnie samo.

Z wyjątkiem jednego produktu (suchy szampon do włosów) wszystkie kosmetyki stanowią produkty pełnowymiarowe. Szampon Schauma Nature moments i odżywka do włosów Gliss Kur Supreme lenght to podstawowe kosmetyki do pielęgnacji włosów, więc z pewnością trafią do użytku. Nie gardzę również suchymi szamponami, które potrafią uratować fryzurę w parę chwil, więc chętnie wypróbuję ten z got2be Fresh it Extra fresh, ponieważ jeszcze nie miałam z nimi do czynienia.


Nieco mniejszym entuzjazmem przywitałam lakier do włosów Taft 7 days, ponieważ po produkty tego typu sięgam okazjonalnie, a w zasadzie to najczęściej robi to fryzjerka utrwalająca moją fryzurę. Schwarzkopf Live color spray to kolor do pierwszego mycia. Miałam już do czynienia z podobnymi produktami tego typu i niekonicznie były widoczne na moich ciemnych włosach, ale nie skreślam go. Dam mu szansę i z pewnością go wypróbuję. Niestety tego samego zaszczytu nie doczeka się farba do włosów - Schwarzkopf żelowa trwała koloryzacja #PURECOLOR. Póki co nie planuję zmieniać koloru włosów ;)


Przed nami już pojawiło się w sprzedaży pudełeczko majowe, a zespół Shinybox już zapowiada, że pakiety oraz subskrypcje zamówione od maja gwarantują czerwcowe, czyli urodzinowe pudełeczko w wersji premium. Jeśli chcesz zagwarantować sobie wypasiony zestaw wystarczy kliknąć w ten link i zamówić subskrypcję:

• Le Petit Marseillais • żel pod prysznic dla niej granat, dla niego czerwona pomarańcza i szafran

• Le Petit Marseillais • żel pod prysznic dla niej granat, dla niego czerwona pomarańcza i szafran

Witajcie po raz pierwszy na blogu w nowym miesiącu - maju. Maj to dla mnie zapach bzu, konwalii i nadchodzącego lata. Tym razem jednak zostaje on wzbogacony o nowe zapachy żeli pod prysznic Le Petit Marseillais, które otrzymałam do przetestowania z moim mężczyzną w ramach kolejnej akcji ambasadorskiej tej francuskiej marki. Czym tym razem produkty trafiły w mój gust?


Paczka zawierała dwie najnowsze wersje żeli pod prysznic. Dla kobiet powstał zapach inspirowany trudnym do odgadnięcia granatem. Muszę przyznać, że w stosunku do niego zgadzam się z opisem producenta - zapach jest subtelny, ale zarazem wyrazisty. Połączenie świeżości z kojącym zmysły owocowym zapachem. Dla mężczyzn stworzono równie nieoczywisty zapach jakim jest połączenie czerwonej pomarańczy z szafranem. Wraz z partnerem zgadzamy się, że jego żel jest odświeżający, o niezbyt mocnym, choć męskim zapachu. Oryginalne połączenie gwarantuje niepowtarzalność na rynku tych kosmetyków - nie spotkaliśmy podobnych zapachów na tle popularnych produktów. Jeśli chodzi o te, to są łatwo dostępne w drogeriach, więc pewnie zaraz i te zapachy będą dostępne. Ceny tych żeli wahają się w granicach 12-15 zł za 400 ml, czyli pojemność jaką widzicie na zdjęciu. Niektóre zapachy dorwiecie również w mniejszej (250 ml) lub większej (650 ml) pojemności.
Żele oprócz pieszczot zmysłu węchu spełniają również swoje zadanie, czyli oczyszczanie skóry, z którym radzą sobie bez przesuszania skóry, co w naszym przypadku jest dość istotne. Dobrze się pienią, a ich konsystencja ma wpływ na dużą wydajność. Kosmetyki otrzymane do testów sprawdzają się dobrze, nie wyrządzają krzywdy, dla nas są godne polecenia.


Jesteście ciekawi tych produktów na własnej skórze?

☄ OPENBOX - Kwietniowy Shinybox & Drogeria Natura Spring time

☄ OPENBOX - Kwietniowy Shinybox & Drogeria Natura Spring time

Wiosna chyba już na dobre się u nas rozgościła. Ba, w ostatnich dniach pogoda nawet bardziej przypomina upalne lato! W wiosenne barwy idealnie wpisuje się najnowsze, kwietniowe pudełeczko Shinybox we współpracy z Drogerią Naturą o wdzięcznej nazwie Spring time. Dzięki mojemu wcześniejszemu zamówieniu subskrypcji wraz z boxem otrzymałam dodatkowe pudełeczko Create your style, ale o tym innym razem oraz dodatkowy kosmetyk dostępny dla klientek, dla których kwietniowe pudełeczko było przynajmniej drugim z aktywnej subskrypcji lub pakietu. Gotowi na poznanie zawartości?


Przyznam, że w tym miesiącu bardzo długo naczekała się na pudełeczko i takich ceregieli z pocztą to dawno nie miałam. Pudełeczko zostało wysłane w zeszły poniedziałek i przy dobrych wiatrach dochodziło jeszcze tego samego lub następnego dnia, natomiast tym razem trafiło do mnie dopiero w piątek. Listonosz/kurier, który dostarczał mi przesyłkę 3 razy podejmował próbę doręczenia.. Ehh szkoda gadać, zwłaszcza, że panie na poczcie nie były w stanie udzielić mi więcej informacji, niż te, które sama widziałam na monitorowaniu przesyłki. Ale skoro paczka dotarła i mamy już to za sobą, to zajmijmy się zawartością, która była w tym miesiącu... nadzwyczaj lekka.

Co ja zamówiłam? To pytanie siedziało mi w głowie, gdy wyciągałam pudełeczko z folii i kartonika ochronnego. Dawno nie otrzymałam tak lekkiego pudełeczka i już czarne myśli krążyły mi po głowie jak bardzo będę zawiedziona zawartością opakowania. Po otwarciu ujrzałam jednak, że dla pudełeczka jest nadzieja.


Miniaturki wody różanej Beaute Marrakech oraz szamponu Naobay z pewnością się przydadzą. Orzeźwienie dla cery w formacie torebkowym to dobry produkt na wiosenne i letnie upały. Szampony to produkty, których nigdy mało, więc z chęcią go wypróbuję, zwłaszcza, że sama raczej nie kwapiłabym się do zakupu.


Kolejna część to spora dawka kolorówki. Lakier hybrydowy Silcare z pewnością wzbudzi sporo kontrowersji - panie, które robią hybrydy z pewnością się ucieszą, jednak ta druga grupa będzie mocno rozczarowana - ale sami wiecie, że nie wszystkim można dogodzić. Osobiście się cieszę, gdyż akurat hybryd tej marki nie znam, natomiast kolor mógłby być bardziej wiosenny aniżeli zgniła zieleń, ale poczeka na jesień i tyle. Tusz do rzęs marki So chic! chętnie wypróbuję, takich produktów również nigdy nie za wiele, a markę akurat poznałam tydzień temu na Meet Beauty. Ostatni produkt z kolorówki to pomadka Kobo łącząca zalety szminki i błyszczyka i zarazem chyba jedyny produkt pochodzący z Drogerii Natura, a szkoda, bo takie kolaboracje są zwykle ciekawe..


Na koniec próbka Biały Jeleń, baton Smart food w formie zdrowej przekąski po treningu oraz maseczka w płachcie 7th Heaven. Próbki zawsze są dla mnie mile widziane, baton wygląda smakowicie, natomiast maseczki w płachcie to ostatnio hit, a tej marki maseczki zawsze robiły na mnie dobre wrażenie, więc mam nadzieję, że i tym razem nie będę zawiedziona.


Co sądzicie o kwietniowym pudełeczku?
• C-thru • Żel pod prysznic jogurt i papaja

• C-thru • Żel pod prysznic jogurt i papaja

Dzisiaj zapraszam Was na krótki wpis na temat kolejnego kosmetyku do kąpieli, który przewinął się przez moją łazienkę. Uwielbiam wszelkie produkty do mycia i uważam, że stanowią one największą część moich kosmetycznych zużyć. Relaksująca kąpiel z solą czy odświeżający prysznic z rześkim żelem to zdecydowanie moje typy. Tym razem chciałabym się podzielić z Wami opinią na temat kremowego żelu pod prysznic marki C-Thru znanej z produktów zapachowych (wody toaletowe, dezodoranty) o zapachu jogurtu i papai.


Opakowanie żelu pod prysznic tej marki jest ergonomiczne - wygodnie trzyma się w ręku, a także bez problemu działa otwarcie zamykane na klik. Bez problemu można śledzić stan zużycia ze względu na przejrzyste opakowanie, a skoro już jesteśmy przy tym punkcie, to wiecie, żel ma intensywny kolor pomarańczy. Kosmetyk należy do tych kremowych, jednak jest również dość rzadki i przecieka między palcami, więc minus dla wydajności. Produkt dość słabo się pieni, jednak mimo wszystko dobrze radzi sobie z oczyszczaniem ciała robiąc to bez podrażnień. Nigdy nie wymagam od kosmetyków myjących cudownych właściwości. Liczy się dla mnie głównie funkcja mycia oraz zapach, który w tym przypadku jest przyjemny - pachnie niczym jogurt z owocami egzotycznymi, jednak w przypadku tego produktu jestem zawiedziona. Żel niestety przesusza moją skórę, a jeśli dodać do tego przeciekanie między palcami, a co za tym idzie mało wydajny kosmetyk to niestety  trzeba przyznać, że w cenie w granicach 10 zł znajdziemy o wiele lepsze produkty do mycia ciała.

Wrzucam zdjęcie składu dla zainteresowanych :)

Czy znacie ten produkt? Jakie dobre żele pod prysznic polecicie w budżecie do 10 zł?

• Tołpa • Żel do mycia twarzy i oczu Dermo face Physio

• Tołpa • Żel do mycia twarzy i oczu Dermo face Physio

Witam Was po mojej długiej nieobecności. Wybaczcie milczenie z mojej strony, ale prywata zwaliła mi się na głowę, a w zasadzie to prywata związana z prowadzeniem bloga. Jakiś czas temu zgubiłam kartę pamięci, na której miałam zdjęcia do wpisów, więc zaraz po tym zdarzeniu odkryłam, że mój telefon robi dość dobre zdjęcia by używać ich do blogowej działalności. Tak kwitło sobie moje blogowe życie aż do zeszłego tygodnia, kiedy zgubiłam telefon, który najprawdopodobniej ktoś sobie przywłaszczył (podczas próby kontaktu na mój numer połączenie zostało odrzucone, a następnie zupełnie został utracony kontakt z numerem). W pierwszej kolejności najważniejsze dla mnie było zastrzec wszystkie dane, które mogły znajdować się na urządzeniu - poczta, dostęp do konta, numer telefonu itd, więc dopiero teraz wracam do prozy życia codziennego. Okazało się, że ponownie utraciłam mnóstwo zdjęć na bloga, pomijając kilka tych, które zgrałam sobie na komputer. W przyszłości planuję dla Was wpis na temat rzeczy zgubionych/znalezionych oparty na moich doświadczeniach, a dzisiaj przychodzę do Was z kosmetycznym, aby przypomnieć Wam się przed Meet Bueaty, które już w najbliższy weekend! Wpis będzie dotyczył żelu do mycia twarzy i oczu Tołpa Dermo face Physio - może znacie ten produkt?


Żel żeby Wam nie skłamać otrzymałam na konferencji Meet Beauty rok temu. Na początku trafił do zapasów, ale doczekał się aż wykończyłam produkt, który używałam w tamtym czasie i obecnie również sam dobił dna. To już mój kolejny kosmetyk z serii Dermo face Physio - o pierwszym z nich, płynie micelarnym pisałam > TUTAJ <. Kosmetyk według producenta jest przeznaczony do skóry wrażliwej, normalnej i mieszanej, powinien łagodzić podrażnienia i odświeżać, a jak się sprawdza w rzeczywistości?

Sam produkt może nieco zaskoczyć konsystencją - jest gęsta, nieco jak tężejąca galaretka, ale dzięki temu nie przecieka przez palce w czasie aplikacji, co wpływa na wydajność kosmetyku. Schodki zaczęły się pod koniec opakowania - na samym dnie (pod szarym paskiem) produkt był na tyle gęsty, że pompka nie była w stanie go wydobyć, sprawdziło się jedynie mocne potrząśnięcie buteleczką, aby produkt powędrował ku wyjściu. Zaskoczeniem dla wielu osób może być również fakt, że produkt się nie pieni, nawet nie bieli podczas masowania twarzy.
Żel do mycia twarzy używam rano i wieczorem. Rano, jest to pierwszy krok oczyszczania cery po nocy, natomiast wieczorem stosuję go jako domycie resztek makijażu po użytym wcześniej płynie micelarnym. W moim odczuciu w obu momentach radzi sobie doskonale - moja cera jest oczyszczona i miła w dotyku, a przy tym nie jest ściągnięta. Żel nie powoduje u mnie żadnych podrażnień, cera jest ukojona,  nie pojawiają się też po nim żadne niespodzianki na cerze. Nadmienię również, że dobroczynne składniki takie jak pochodna mocznika czy gliceryna dbają o odpowiednie nawilżenie skóry - być możne znacie uczucie suchej skóry po umyciu twarzy? Tutaj taki efekt nie występuje.


Żel do mycia twarzy i oczu jest u mnie kolejnym produktem Tołpy, który mnie nie rozczarował. Przyznaję się bez bicia, że produkty tej marki jakoś nigdy nie przyciągały mnie do siebie na sklepowej półce, jednak skutecznie zmieniają moje zdanie, gdyż wiem, że za tymi prostymi opakowaniami, które nie krzyczą z drogeryjnej półki stoi wysoka jakość i komfort użytkowania. Znacie markę Tołpa? Macie swoje ulubione produkty?
• Palmolive • żel pod prysznic Berry Delight (seria Gourmet)

• Palmolive • żel pod prysznic Berry Delight (seria Gourmet)

Witam Was dzisiaj poświątecznie! Zgrabne ciało i jędrna skóra na nim to kobiece potrzeby na wiosnę. Każda kobieta chce wyglądać atrakcyjnie - dba o gładkie nogi, smaruje się balsamami i robi inne niezliczone rzeczy, aby cieszyć się powodzeniem u płci przeciwnej. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić produkt, który może nie tyle sam zadba o nawilżoną skórę, ale na pewno nie naprzykrzy się dodatkowo - podzielę się z Wami opinią o nie wysuszającym skóry żelu pod prysznic Palmolive Gourmet body butter wash o zapachu Berry Delight.


Idealny żel pod prysznic dla mnie powinien dobrze myć ciało, ładnie pachnieć i nie wysuszać skóry. Wiem, że niektórym zależy aby produkt w ogóle nawilżał ją, ale nie oszukujmy się o taki produkt nie łatwo, zwłaszcza z niższej półki cenowej. Co do bohatera dzisiejszej notatki, to jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do żeli Palmolive. Były od tylu lat na rynku, wydawały mi się pospolite, a mnie ciągnęło do nowości, które co i raz wkraczały na rynek. Ten produkt otrzymałam w paczce kosmetycznej z pracy i przyznaję.. że się zakochałam.

Kremowe żele mają w sobie coś takiego, że mają ze mną łatwiej - jakoś od razu się do nich przekonuję. Ten ma gęstą, wręcz budyniową konsystencję w kierunku masełka do ciała. Przyznam,  mimo dość standardowego otworu dozującego nie ma problemu z jego wydobyciem. Kremowa konsystencja sprawia, że myjąc nim ciało ręka czy gąbka sunie bez problemu, a koniec końców ciało jest dobrze oczyszczone. Zdarzyło mi się również golić nogi przy jego pomocy - świetnie sprawdził się też w tej roli. Wprawdzie skład żelu nie jest wybitny, a odżywcze składniki takie jak olej ze słodkich migdałów, masło shea czy sok z jeżyny krzewiastej znajdują się praktycznie na samym końcu, jednakże żel delikatnie pielęgnuje ciało. Skóra nie zostaje wysuszona, nie pojawiają się również żadne przykre niespodzianki jak podrażnienie czy wysypka. I na koniec kolejny hit, zaraz po konsystencji, czyli zapach. Żel ma piękny, wyrazisty zapach jogurtu o smaku owoców leśnych i jest dostępny w większości drogerii w cenie do 15 zł, a w promocji nawet poniżej 10 zł.

Ostatnio podczas zakupów poleciłam żel z tej serii mojej przyjaciółce. Skusiła się na wersję kokosową, czyli Coconut Joy. Z krótkiej rozmowy po użyciu wyciągnęłam informację, że go polubiła i również docenia w nim budyniową konsystencję. Ma pewne zastrzeżenia co do zapachu - jest świeży, ale nieco mało kokosowy. Od razu uprzedzam, że to jest mój guru od kokosowych kosmetyków - więc stawia im wysoko poprzeczkę.


Jakich myjadeł używacie do kąpieli?
☄ Openbox - marcowy Shinybox It's a girls world

☄ Openbox - marcowy Shinybox It's a girls world

Święta coraz bliżej - jak Wam idą przygotowywania? Mi się ostatnio zebrało na wiosenne porządki, a dzisiaj za oknem przywitała mnie zimowa aura. Ośnieżone drzewa i łąki to niestety nie jest widok, który cieszy kilka dni przed Wielkanocą, czuję się bardziej jakby zaraz miało przyjść Boże Narodzenie. Ale no cóż, trzeba brać życie jakim jest. Dzisiaj w ostatnich dniach miesiąca chciałabym Wam pokazać marcową edycję Shinybox o wdzięcznej nazwie It's a girls world. Czy faktycznie pudełeczko wpisuje się w temat najbardziej kobiecego miesiąca?


Przyznam szczerze, że do zamówienia marcowego shinyboxa skusiła mnie atrakcyjna cena. Wybrałam opcję subskrypcji (którą mogę przerwać w każdej chwili) gdzie pierwsze pudełeczko kosztowało mnie 29 zł, a wraz z drugim zestawem zamówionym w ramach tej samej subskrypcji mam otrzymać dodatkowe pudełko gratis. Musicie przyznać, że po takim pudełkowym odwyku była to ciekawa promocja, a czy warto było skorzystać?


Niestety w momencie przybycia paczki nie było mnie w domu, a więc wraz z awizo musiałam udać się na pocztę by odebrać moje pudełeczko. Starałam się jak mogłam by tego dnia ominąć w social mediach zdjęcia czy wpisy, z których mogłabym się dowiedzieć o zawartości pudełeczka. Zwyczajnie chciałam mieć niespodziankę. Gdy przesyłka wreszcie trafiła w moje ręce poczułam się troszkę rozczarowana - była bardzo lekka..
Po odpakowaniu i zobaczeniu zawartości dokładnie przejrzałam ulotkę dołączoną do zestawu. Marcowy Shinybox faktycznie składa się z 9 produktów, jednak 3 z nich są wymienne na zasadzie 1 z 3, natomiast kolejny trafił jedynie do osób, dla których marcowe pudełeczko było co najmniej 2 z aktywnej subskrypcji lub pakietu. Koniec końców do mnie trafiło 6 produktów. Czy jestem z nich zadowolona?


Nie da się ukryć, że najbardziej wartościowym produktem jest bio krem pod oczy Feel free, który z pewnością wypróbuję, jednak nie stanowił on produktu, który wyjątkowo mnie ucieszył - bardziej zadowolona byłabym z olejku do demakijażu twarzy i oczu GoCranberry, który trafił do osób, dla których było to co najmniej drugie pudełko w ramach pakietu lub tej samej subskrypcji. Miniaturka nawilżającej maski do włosów Novex balansuje na tak i na nie. Z jednej strony cieszę się z niej, ponieważ kiedyś już pojawiła się w pudełeczku i czytałam wiele pozytywnych opinii na jej temat, ale z drugiej strony przy moich długich włosach nie starczy na wiele, jednak z chęcią ją wypróbuję. Najbardziej ucieszył mnie chyba produkt, który trafił do mnie jako 1 z 3, czyli pęseta skośna do brwi Kontigo. Na tle pilnika wielowarstwowego Kontigo oraz pudru brązującego Miyo wydaje mi się, że cieszy mnie najbardziej. Moja obecna nie chwyta już tak dobrze włosków, więc akurat wkroczyło odświeżenie. Miły dodatek stanowiła również ulotka z kuponem rabatowym -20% na cały asortyment sklepu Kontigo z wyłączeniem NeoNail i Resibo, a szkoda, bo chętnie zakupiłabym nowe hybrydy NeoNail.. Kod uniwersalny, dobrze znany >ShinyBox20<, może ktoś z Was skorzysta?

Dalej nie jest już dla mnie tak kolorowo. Gratis w postaci chusteczek brązujących Efektimy już kiedyś przewinął się przez pudełeczko Shinyboxa, a ja dotąd ich nie użyłam. Sztyft na odrosty i siwe włosy Bielenda - jak dla mnie strzał w kolano, zwłaszcza, że żadna z przypadłości mnie nie dotyczy, a losowo trafił do mnie kolor czarny przy moich włosach w kolorze jasnego brązu. Ostatni z produktów to podkład matujący Delia. Tutaj również bez zachwytów - kolejny raz losowo wysłany kolor, który póki co jest dla mnie za ciemny. Zobaczymy latem.


Po raz kolejny padają decydujące pytania: czy warto zamawiać pudełeczka w ciemno? Jakie pudełeczko byłoby idealne?
Pudełeczka z kosmetycznymi niespodziankami są ciekawe i choć nie raz się zniechęciłam to do nich powracam. Niespodzianka, oczekiwanie i emocje towarzyszące całemu procesowi od zamówienia do otwarcia i przetestowania produktów to cała magia tych zestawów. Nigdy nie można liczyć na pełne zadowolenie wszystkich użytkowników pudełka, ponieważ zawsze znajdzie się taki produkt jak sztyft na odrosty czy siwe włosy, który sprawia, że kobieta odpakowująca box wygląda jak Azjata z popularnego mema. Moim zdaniem z kosmetycznych pudełeczek powinny zostać wyłączone produkty, które pasują jedynie do nielicznych grup odbiorców. Postawiłabym na produkty bardziej uniwersalne, które mają szansę u każdego. Od takiego sztyftu wolałabym choćby głupi żel pod prysznic - może bardziej z grupy premium, na który sama się nie zdecyduję zaglądając do portfela lub jakąś nowość czy trudno dostępny - myć się myję, zapewne jak i każdy z Was. A co Wy sądzicie na ten temat?
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger